Kolejna tragedia na torze. Podczas Grand Prix Malezji, w rywalizacji MotoGP, zginął tragicznie włoski kierowca Marco Simoncelli.
24 letni Simoncelli był mistrzem świata w klasie 250 ccm (obecnie Moto2) w 2008 roku. W tym sezonie rozpoczął starty w MotoGP, znawcy wyścigów motocyklowych uważali go za wschodzącą gwiazdę tej formuły.
Cały włoski świat sportu opłakuje stratę tak utalentowanego sportowca, w mijającej kolejce Serie A wszystkie mecze rozpoczynały się minutą ciszy.
- To jeden z najsmutniejszych dni mojej kadencji. Tragiczna śmierć Marco poruszyła mnie do głębi. Cały świat włoskiego sportu jest w szoku. Dlatego postanowiliśmy uczcić jego pamięć minutą ciszy na stadionach. Do końca miałem nadzieję, że lekarzom uda się go uratować - powiedział kilka godzin po śmierci motocyklisty prezydent Włoskiego Komitetu Olimpijskiego (CONI) Gianni Petrucci.
- Kiedy dzieją się takie rzeczy, reszta się nie liczy. Zdałem sobie sprawę z tego, że stało się coś strasznego, gdy zobaczyłem ojca Marco i kiedy go uściskałem. To nie powinno się zdarzyć, ale zapominamy, jak niebezpieczny jest nasz sport - opowiadał z kolei hiszpański zawodnik MotoGP Dani Pedrosa.
Akcja ratunkowa trwająca 45 minut nie przyniosła efektów, Simoncelli doznał rozległych obrażeń klatki piersiowej, karku i głowy (w wyniku uderzenia spadł kask młodego kierowcy).

0 komentarze:
Prześlij komentarz